|
|
||
|
Strona główna | Artykuły | Linki | Literatura Eksploracyjna | Email
|
||
|
Zagadkowe podziemia
Cz. I W 1945 roku, gdy tylko przybyła
tu pierwsza grupa Polaków, słyszało się od służalczo pokornych w tym czasie
Niemców najrozmaitsze opowieści o podziemnych tunelach, ciągnących się
kilometrami, autostradach, magazynach i fabrykach. Ba, podobno nawet istniały
całe podziemne miasta z elektrycznymi kolejkami. Opowiadania te, powtarzane z
ust do ust z czasem urosły do potwornej, wprost fantastycznej historii. Te różne, najczęściej wówczas
jeszcze nie sprawdzone wiadomości niektórym ciekawskim ludziom nie dawały
spokoju. Bo tam w podziemiach są „skarby” – mówiono zwykle. Trzeba tylko znać
drogę, a człowiek się obłowi i będzie miał spokój na całe życie. Nic też
dziwnego że najbardziej przedsiębiorczy ludzie starali się natrafić na ślad prowadzący
w królestwie mitologicznego dwudziestowiecznego Plutona. Szukano robotników,
majstrów i tych wszystkich, którzy mogli coś powiedzieć na temat znajdujących
się w okolicy Wałbrzycha podziemi. Wśród ludności krążyły
fantastyczne wersje o tych skarbach. ...W magazynach Niemcy
zgromadzili ogromne ilości artykułów żywnościowych... W pierwszych latach po
wojnie, kiedy z wyżywieniem na tych terenach nie było wesoło i myślało się
przede wszystkim o jedzeniu ta wersja krążyła wśród ludności niemieckiej i wśród
Polaków tysiącach ton konserw mięsnych znajdujących się w podziemnych
magazynach, znajdowała chętnych słuchaczy. Inne wersje wspominały o wielkich
składach materiałów włókienniczych, maszynach wojskowych precyzyjnych
aparatach, zrabowanych futrach, złocie zabranym z krajów podbitych przez
hitlerowców itp. itd... Inni, bardziej trzeźwo myślący ludzie wspominali o
częściach niezbędnych do montowania V-1 i tych wszystkich „wunderwaffe” tak
szumnie okrzyczanych przez Gebbelsa. Ile w tym wszystkim było prawdy?
– nikt dokładnie do dziś nie wie. Faktem natomiast jest, że wielu śmiałków
zapuszczało się w podziemne labirynty. Prawdą również jest to, że wielu z
nich straciło życie na minach, bądź utopiło się w specjalnie zalanych w
ostatniej chwili przez uciekających Niemców podziemiach. Byli jednak i tacy,
którzy mając przysłowiowy łut szczęścia w życiu wracali z podziemnych tuneli.
To ci właśnie opowiadając swoje przygody potęgowali i tak dość już
fantastyczne historie o podziemnym świecie grabarza III Rzeszy. Kilka
śmiałków podobno wyniosło z podziemi majątek. Ci jednak nic nie mówili o
sobie. Szybko wynosili się do Łodzi czy Katowic i tam zakładali sklepy
tekstylne z materiałami prawdopodobnie wywiezionymi z ukrytych magazynów.
Zagadki podziemi nikt jednak nie ujawnił. Pamiętam, było to w 1947 czy
1948 roku. Grupa kolegów z oddziału redakcji „Dziennika Zachodniego” z
redaktorem Szramą na czele wybrała się na rozpoznanie podziemi znajdujących
się w okolicy Głuszycy. Zabrali ze sobą jakiegoś Niemca, który podobno znał
wszystkie przejścia. Znał je rzeczywiście. Gdy tylko grupa weszła do tunelu,
korzystając z ciemności ulotnił się. Koledzy wrócili po kilku godzinach
błądzenia do Wałbrzy7cha a jeden z nich przez szereg tygodni musiał leczyć
złamaną nogę. Innym razem jeden z mieszkańców
Wałbrzycha spotkał w Kolcach Niemca, który jako technik czy inżynier pracował
w przedsiębiorstwie budującym bunkry i tunele. Za ułatwienie mu wyjazdu z
Polski wskazał miejsce, gdzie znajdowały się betoniarki, lokomobile Diesla,
materiały budowlane i inny sprzęt. To były tylko drobne znaleziska, które
mimo wszystko potwierdzały rozmach z jakim Hitler kazał drążyć podziemia.
Swoją drogą ten niemiecki technik w jakichś dziwnych okolicznościach został
zabity. Czy ludność niemiecka wiedziała
o istnieniu podziemi? – Na pewno tak. Trudno przecież było utrzymać w
tajemnicy roboty budowlane prowadzone na tak olbrzymią skalę. Bali się jednak
ujawnić rąbka tajemnicy, w tym czasie bowiem na Dolnym Śląsku działał jeszcze
osławiony Wehrwolf. W dzielnicy Wałbrzycha Podgórze
mieszkał stary Niemiec, który sam się zgłosił, aby go tylko nie wysiedlać z
mieszkania. Chciał ujawnić pewne bardzo ważne szczegóły i plany dotyczące
podziemi wierconych w okolicy Ludwikowic. Następnego dnia jednak już nie żył.
Czy to była czyjaś zemsta? Trudno powiedzieć. Umarli milczą... W tym samym
mniej więcej czasie w okolicy mauzoleum znaleziono zabitego siekierą rosłego
mężczyznę. Zwłok nie zidentyfikowano. Trup był zupełnie nagi. To wszystko są niezaprzeczalne
fakty. Prawdą także jest że w okolicach Wałbrzycha, Głuszycy, Jugowa,
Walimia, Kolc, Ludwikowic i wielu innych miejscowościach znajdowały się obozy
koncentracyjne, jenieckie i organizacji Todt. Ci ludzie właśnie drążyli skały
gór Sowich. Wielu z nich zostało zamordowanych. Tylko masowe mogiły na
cmentarzach kryją ich tajemnicę. Po barakach obozowych pozostały już dziś
zarośnięte trawą fundamenty, piwnice, zdekompletowane urządzenia
wodno-kanalizacyjne i bunkry SS-manów. Jeszcze dziś wędrując po
okolicznych lasach, zapuszczając w leśnie chaszcze spotkać można
niedokończone jakieś budowle. Jedne z nich podobne są do bunkrów inne do
komór. Leżą bezładnie rozrzucone zbutwiałe belki, pręty żelazne do budów
żelazo-betonowych, rury kanalizacyjne, tysiące dachówek, drenów i setki
tysiące ton skamieniałego cementu w workach. Bystre oko często zauważy w
wysokiej trawie żelazne włazy wiodące być może do tajemnicy. Widać kominki
wentylacyjne bunkrów i tuneli. Część z nich jest niedostępna, zasypana. Inne
jeszcze niezupełnie wykończone, mimo wszystko groźne w swej betonowej bryle. Po co tu były budowane? Dlaczego
akurat tu w okolicach Wałbrzycha wiercono skaliste góry? Na pytanie to można
dać dość wyczerpującą odpowiedź. Góry otaczające Wałbrzych, a szczególnie
góry Sowie, są górami starymi nie podlegającymi częstym i gwałtownym ruchom
tektonicznym. Skalny masyw – porfir, dolomit, granit – pozwalał na taką
budowę. W takich sztucznych jaskiniach nie potrzeba wiele cementu do budowy
ścian i stropów. Że ciężko wiercić otwory? – Nie szkodzi, a od czego
niewolnicy pochodzący prawie ze wszystkich podbitych krajów Europy. Tu
prowadzono na zimno bezwzględną kalkulację. Arbeitsamty przeprowadzane w
całej Europie dostarczały stale świeżej siły roboczej. Budowanie podziemnych fabryk i
magazynów było konieczne. Naloty alianckiego lotnictwa dość skrupulatnie
niszczyły wszystkie obiekty służące dla zaspokojenia potrzeb frontu.
Niszczono stoczenie łodzi podwodnych, wytwórnie torped, bomb i samolotów. Niemiecki przemysł zbrojeniowy dotychczas zgrupowany przeważnie w Nadrenii i Westfalii został ewakuowany w głąb Niemiec. W dawnych tkalniach i przędzalniach zamiast krosen znalazły się precyzyjne obrabiarki i urządzenia wytwarzające części i urządzenia do samolotów, łodzi podwodnych, do „cudownych broni”... Kto wie czy nowoczesna „kuźnia
Vulkana”, której budowę stale przyśpieszał Hitler, gdy była kompletnie
wyposażona nie zmieniłaby przebiegu wojny, a w każdym razie gdyby Niemcy
wcześniej opanowali produkcję broni rakietowej na pewno utrudniłaby
zakończenie wojny. Dziś nie ma się co nad tym
zastanawiać. W każdym bądź razie z „kuźni Vulkana”, której budowę rozpoczęto
i w okolicach Wałbrzycha i w paru kolejnych odcinkach postaram się zapoznać
Czytelników z opowiadaniami ludzi, którzy tu pracowali i mieszkali w tym
czasie. Wspólnie również będziemy zwiedzać podziemia. Ryszard Makowski 1959 r. |
||
|
Strona główna | Artykuły | Linki | Literatura Eksploracyjna | Email
|
||