|
|
||
|
Strona główna | Artykuły | Linki | Literatura Eksploracyjna | Email
|
||
|
Zwierzenia
starego majora (2) - Masz rację,
teraz jest bezkrólewie.. - ... Ja forsę
na to dam... - Nikt nam
nic nie zarzuci... - A na bumachę
majesz? - Wszystko da
się załatwić... - ...Charaszo... - No to cześć! - Bądź zdrów.
Po pierwszym przyjadę do Otwocka... - Kilkakrotnie podnoszona słuchawka
elektroniczna głucho spoczęła na widełkach. Otyły, łysy pan odsapnął z
ulgą. W tydzień później
przyjechał do Otwocka. W Łodzi i Warszawie odwiedził kogo należało.
Wszystko załatwił po swojej myśli. Przez następne tygodnie „płynęły”
wagony z cegłą i z innymi materiałami. W tym czasie (1945-1946) wagony
kolejowe podobne były do pełnej, soczystej kiści winogron. Wracały pociągi
z uciekinierami, przesiedleńcami, z dziesiątkami tysięcy więźniów obozów
koncentracyjnych, obozów pracy. Jeździli i ci drobniejsi szabrownicy. Z
torbami pierzyn i innych poniemieckich ciuchów. Tego rodzaju osobnicy stale
kursowali po wszystkich niezupełnie jeszcze odbudowanych liniach kolejowych
Uganiali za „drobnym” zyskiem. Byli też i inni. Ci co to elegancko ubrani
(mimo zniszczeń jakie spowodowała wojna) w lśniących oficerkach jeździli
na Ziemie Zachodnie w charakterze różnego rodzaju pełnomocników i zarządców.
Ci mieli do swojej dyspozycji wszystko. Urzędowe nominacje, pieczątki, nie
rzadko wojskowe auta i eskortę... Nie mały wpływu na ten rodzaj zajęcia
miały pieniądze nie zawsze w uczciwy sposób zdobyte w czasie okupacji. Tego
rodzaju ludzi często można było spotkać na Dolnym Śląsku. To oni „urzędowali”
w poniemieckich majątkach ziemskich. Asystowali ci byli hrabiowie i dziedzice
różni znawcy dzieł sztuki przy przekazywaniu tego majątku we właściwe
miejsce, przy kupnie cennych obrazów, starodruków, rzeźb, różnych zbiorów
muzealnych itp. Skromne płotki przewoziły „ciuchy” - szczupaki zawsze były
w porządku. Milicji wystarczyło pokazać w tym czasie urzędowy papierek a
samochód szybko mknął do podwarszawskich czy podkrakowskich miejscowości z
dobytkiem wartości niejednokrotnie paru milionów złotych. Był też i
trzeci typ szabrownika. I właśnie tacy ludzie miedzy innymi trafili w
okolice Wałbrzycha... To oni „odkryli” miejsce budowy nowej kwatery
Hitlera... Blisko 25
milionów cegieł zmagazynowane było w Głuszycy, Walimiu, Jugowicach. Ładowano
je dzień i noc w tych małych zagubionych wśród Gór Sowich miejscowościach
Ładowano nie tylko cegłę, także cement, sprzęt budowlany, żelazo,
maszyny, agregaty prądotwórcze itp. Ktoś to wszystko „odkrył”, a
ponieważ nasz Zachód w tym czasie był legendarnym Eldorado - płynęła więc
złota żyła złotówek i jakże często dolarów do... kieszeni ludzi z
inicjatywą. O transport było ciężko, ale cały naród miał za główny
cel odbudowę Warszawy i przemysłu. Posła stolica i rosły... prywatne wille
w podwarszawskich miejscowościach. A wszystko „szło” pod szyldem:
„wszystko dla Warszawy”... Dziś w
lasach spotkać można tylko mizerne resztki zniszczonego materiału
budowlanego. To ta resztka bez wartości. Skamieniała resztka z 2,5 miliona
ton cementu, na budowę podziemnych schronów w których mieli się ukryć
przed nadciągającymi armiami władcy III Rzeszy... Wrócćmy
jednak do wspomnień „starego majora”. Byl;i tu różni
ludzie. Ci co ocaleeli rozjechali się po świecie. Po innych jedynym śladem
bytności w tych okolicach stał się cmentarz w Kolcach. Według słów
majora spoczywa tam około cztery tysiące Żydów. Zmógł ich nie tylko
tyfus, który w ostatnich misiącach przed wyzwoleniem zbierał tu swoje żniowo.
Leżą tu również i ci, co z braku sił do pracy i do życia padli pod
kijami oprawców spod znaku trupiej czaszki. Cisi, spokojni, nieznani i
zapomniani, leżą w wspólnych mogiłach Żyd z Polski obok Żyda z Belgi,
Holandii, Norwegii. Mogiłami nikt się obecnie nie opiekuje, a przecież tu
leżą męczenn.icy... „Der Alter
Major” wspomina: Dzienne racje żywnościowe dla pracujących pod ziemią były
następujące: 600 gram chleba, 150 gram margaryny, 40 gram kiełbasy lub słoniny.
Pracujący na powierzchni otrzymywali i połowę mniej. Racje te, jak sam nasz
informator mówi, były raczej symboliczne i tylko na papierze... W
rzeczywistości więźniowie i robotnicy otrzymywali 50 procent przysługujących
im racji. Niemieccy pracownicy kwatermistrzostwa umieli „organizować” żywność
dla swoich rodzin i bliskich. Nadużycia były tu na porządku dziennym. Każdy
Niemiec, i nie tylko Niemiec, który miał dostęp do magazynów, robił co mógł,
aby więźniowie otrzymali jak najmniej jedzenia. Przecież i tak byli skazani
na śmierć... W 1944 roku
od Bożego Narodzenia w ogóle zaprzestano wydawać żywność. Jedzono
obierki z ziemniaków i inne z trudem zdobywane odpady z kuchni niemieckiej. W
tym czasie wybuchła epidemia tyfusu. Ludzie padali jak muchy... Lekarstwa były
ale lekarze uważali, że chorym i tak one nie pomogą... Sprzedawano je do
prywatnych aptek w Wałbrzychu i Wrocławiu. Nieco porządku zrobiła wrocławska
policja, która aresztowała kilku Niemców za kradzież lekarstw i żywności.
Nie zrobiono tego bynajmniej z pobudek czysto humanitarnych, by ulżyć i
polepszyć życie więźniów, o nie. Tu po prostu chodziło o gwałtowny
ubytek sił roboczych. Fronty były coraz bliżej. Mit o „cudownych
broniach” stale był na szczęście ludzkości, tylko mitem. Łapanki w
podbitych miastach nie dostarczały nowych niewolników, a tu roboty trzeba było
jak najszybciej kończyć. Sztab naglił a robotników ubywało. Tylko
„zdemoralizowane” jednostki spośród niemieckiego dozoru i administracji
obozowej okradały więźniów. To był jawny sabotaż ze strony
nieodpowiedzialnych jednostek... Takie czyny
należało karać... I właśnie podobno w tym czasie za podobne czyny, dla
przykładu, we Wrocławiu stracono kilku Niemców, korzy sabotowali zarządzenia
władz... Nie wiele to jednak pomogło. Jak wspomina major śmiercią głodową
od listopada 1944 do wyzwolenia zginęło ponad 3 tysiące ludzi... Gdzie oni
są pogrzebani? Major nie wie... Zna tylko cmentarz w Kolcach. A ile mogił
kryją narosłe młodą brzózką okolice „baustelli” i obozów? Pamięć
majora jest zawodna... Za to podaje
inny szczegół. Żyd nazwiskiem Kalzer w marcu 1945 roku już nie mógł
wytrzymać. Dookoła widział śmierć. Nerwowo załamał się. Pewnego dnia
rzucił się pod koła przejeżdżającej lokomotywy. Tak jakoś wypadło szczęśliwie
czy nieszczęśliwie (któż wtedy wiedział, że będzie jeszcze żył że
lokomotywa odtrąciła go nic mu nie robiąc. Wartownicy nic nie zauważyli.
Kaizer uciekł z terenu budowy. Schronił się w Walimiu u samotnej Niemki
Trafił dość dobrze, gdyż do końca wojny ukrywała go u siebie. Po zakończeniu
wojny Kaizer ożenił się ze swoją wybawicielką i wyjechał do Paryża. To
był jednak tylko jeden taki szczęśliwy wypadek. Inni więźniowie ginęli
pod kijami, na szubienicy, od kul SS-manów bądź sami odbierali sobie życie.
Inny Żyd pochodzący z Łodzi - Stainert - jest dobrze znany staremu
majorowi. Pamięta, że i ten po wyzwoleniu ożenił się z Niemką, mieszkanką
Głuszycy. Trzeba
przyznać, że major sypie nazwiskami ale nie pamięta np. nazwisk lekarzy
obozowych, dowódców SS czy nawet członków stu osobowej specjalnej
jednostki Abwehry - kontrwywiadu... Wie, że było tu ponad stu wyższych
oficerów SS. Nazwisk nie przypomina sobie a przecież prawie każdego dnia
kontaktował się z nimi... Zresztą jak
wiemy z doświadczenia pamięć ludzka jest dość dziwna... Przypomina sobie
tylko to co jest w danej chwili wygodne dla nas samych... A oto dalsze
szczegóły tej gigantycznej budowy, która miała chronić w ostatniej chwili
sztab i wszystkich dostojników hitlerowskich przed bombami. „Wunderwaffe”,
po zniszczeniu przez grupę Norwegów fabryki ciężkiej wody jakoś nie mogła
przyśpieszyć kontrofensywy niemieckiej na wszystkich frontach. Alianci byli
coraz groźniejsi. Jak już
wspomniano, w Górach Sowich miała być główna kwatera Fuhrera. Poszczególne
podziemia nie miały ze sobą połączeń
W Kolcach miał być duży dworzec kolejowy. Stąd właśnie doskonale
asfaltowane drogi miały prowadzić do poszczególnych fortyfikacji i schronów.
Specjalne lotnisko miało być wybudowane w pobliżu Wielkiej Sowy, obok drogi
wiodącej z Walimia do Dzierżoniowa. W tym celu wykarczowano tu i zniwelowano
las. Cała główna kwatera Hitlera miała znajdować się na powierzchni
ziemi pod warstwą półtorametrowej grubości betonu. Szybkobieżne windy z
chwilą ogłoszenia alarmu lotniczego miały zjechać wraz z dostojnikami w głąb
ziemi. Specjalne pomieszczenia na elektrownie która miała zapewnić stały
dopływ prądu. Urządzenia wodociągowe - świeżą wodę. Przed
niespodziewanymi atakami samolotów nieprzyjacielskich chronić miały kwaterę
Hitlera specjalne stacje radarowe rozmieszczone w promieniu stu kilometrów
wokół Walimia i Głuszycy. Szybką łączność z poszczególnymi miastami
zapewniały specjalne, posiadające 450 żył, bezpośrednie kable
telefoniczne. Takie kable były już ułożone na trasie Głuszyca - Berlin -
Warszawa - Praga Czeska - Hamburg - Królewiec - Kętrzyn. Kabel ten układano
w wielkiej tajemnicy przed mieszkańcami wsi i miasteczek. Nocami specjalne
grupy ludzi (jeden robotnik na jednym metrze bieżącym) kopały rów i układały
kabel. Rano na powierzchni nie było nawet śladu z rozkopanej ziemi. Robiono
to z typową niemiecką dokładnością, z doskonałą organizacją, z taką
samą systematycznością z jaką wyniszczono ludzi z podbitych narodów...
|
||
|
Strona główna | Artykuły | Linki | Literatura Eksploracyjna | Email
|
||