Strona główna | Artykuły | Linki | Literatura Eksploracyjna | Email

 

 

Zagadkowe podziemia

Cz. II

 Poznałem go w zupełnie przypadkowych okolicznościach. Pewnej letniej niedzieli wybrałem się na wycieczkę ponieważ spóźniłem się na autobus odjeżdżający do Walimia – skorzystałem z „autostopu”. Wsiadłem do szoferki. Mój turystyczny ekwipunek zaciekawił kierowcę ciężarówki – Romana Kowalskiego. Od słowa do słowa opowiedział mi kilka ciekawych szczegółów ze swojego życia.

W czasie wojny wywieziony został na roboty do Niemiec, następnie zaś wcielony do batalionów Organizacji Todta. Początkowo pracował jako zwykły robotnik, później jako kierowca. Miejscem postoju była Srebrna Góra, gdzie zgrupowano również kilka Bauabienlungów O.T. W tym czasie w murach twierdzy wzniesionej przez Fryderyka Wielkiego panował wielki ruch. Wzmacniano stropy i trzymetrowej grubości mury. Niemcy zbudowali tu pogromne magazyny z wojskowym zaopatrzeniem. Podobne magazyny istniały także w twierdzy kłodzkiej. Nawiasem mówiąc nie wszystkie forty i lochy obu tych twierdz zostały po wojnie zbadane. W Kłodzku część fortów już udostępniono publiczności, w Srebrnej Górze tylko co odważniejsi zapuszczają się w lochy potężnych fortyfikacji. Być może, że do dziś dnia znajdują się tam jeszcze nie spenetrowane składy. Niemcy mieszkający w tym mieście opowiadali, że pod koniec wojny z Ząbkowic, Wrocławia i Kłodzka przyjeżdżały do Srebrnej Góry ogromne transporty samochodowe i wjeżdżały do fortów a szczególnie do fortu „Dijon”. W czasie przejazdu kolumn samochodowych cywilom nie było wolno stać na ulicach. To już jest jednak inna sprawa.

Romek Kowalski w 1943 roku, młody jeszcze chłopak, doskonale jeszcze pamięta jak pewnego dnia batalion jego został przeniesiony w okolice Ząbkowic. Tam z dala od ludzkich osiedli pod okiem hitlerowskich fachowców wysadzali w powietrze różne wzgórza. W parę tygodni później skierowano ich do Książna. Tu znów podobne roboty prowadzili w potężnym starym zamczysku. W Książnie – jak powszechnie twierdzono – miała być zbudowana główna kwatera Hitlera i jego sztabu. Do dziś są tu jeszcze ślady pobytu O.T. W niewielkiej odległości od siebie stacjonowały w oikolicach Wałbrzycha dziesiątki roboczych batalionów. Tak wielkiego zgrupowania OT nigdzie więcej na terenie Rzeszy nie było. Podobno na tak wielka skalę tego rodzaju robót budowlanych nigdzie więcej nie prowadzono.

Kowalski jako szofer jeździł tu i tam. Często odwiedzał Walim, Głuszycę, Jugów, Ludwikowice i Jugowice. Przewoził różne maszyny i materiały budowlane. Pamięta także, że pewnego dnia na jego Hanomagu znalazły się żółte skrzynki z czarnym napisem „Achtung Brenrischtoffmaterial”... Tak, to były skrzynki z materiałami wybuchowymi. Woził je do Jugowic. Gdy pierwszy raz zobaczył co wiezie to aż się spocił ze strachu...

- Drogi panie! – opowiadał mi – czy pan był na filmie „Cena strachu”? Czy pan rozumie co przeżywa kierowca, który wie co wiezie?... Zwykle jechał ze mną jakiś Niemiec, tym razem jednak byłem sam w szoferce. Essosowiec jechał przede mną na motocyklu w charakterze pilota. Strach ma wielkie oczy, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Początkowo jechał bardzo ostrożnie po tych leśnych wertepach. Później na nic już nie zwracał uwagi. Myślał o jednym aby jak najszybciej dojechać na miejsce... A było ono zupełnie nie ciekawe. Po prostu droga leśna lekko wspinająca się pod górę. W pewnym miejscu pilot kazał mu zatrzymać samochód, Kowalski wsiadł do przyczepki i odjeżdżali motorem w boczną ścieżkę. Tam zjadali kanapki i wypalali po kilka papierosów. Gdy wracał do Hanomaga ten był już rozładowany. Skrzyń z ostrzegającym napisem nie było. Kto je znosił i dokąd i po co tu u podnóża góry musiał samochód stać? – o tym Kowalski dowiedział się dopiero później od swego pilota. Ładunek znosili ludzie w pasiakach, którzy drążyli skały budując jakieś tunele. W Ludwikowicach Kowalski po raz pierwszy spotkał tych ludzi. Byli różnej narodowości, ale najwięcej było Żydów. Czasem, gdy przejeżdżał szosą do Dzierżoniowa, słyszał potężne wybuchy. Często również ruch na tej drodze był wstrzymywany właśnie z powodu tych eksplozji.

O ogromie prowadzonych tu prac świadczyły liczne transporty najróżniejszego materiału budowlanego, szyny i podkłady kolejowe, słupy betonowe z firmowym napisem „Dywidag”. Linie kolejowe normalno i wąskotorowe budowali jednak robotnicy O.T. Ludzie w pasiakach prcowali tylko pod ziemią... Ogromne pieczary, drążono za pomocą młotków pneumatycznych, dynamitu, a także i prymitywnymi narzędziami. Do dziś w podziemnych tunelach spotkać można drewniane drabiny, skrzynki na narzędzia, ręczne taczki i wagoniki wąskotorowych kolejek. Najtrudniejsza praca była przy drążeniu tak zwanych kominów. Tu najczęściej pracowano ręcznie stojąc na chwiejącej się drabinie. Jeden niebaczny ruch a można było spaść kilkanaście metrów w dół. Niemiecką organizację i systematyczność jeszcze dziś można tu podziwiać. Każdy główny tunel zazwyczaj szerszy niż inne, posiadał kilkadziesiąt bocznych odgałęzień. Każde z nich było oznaczone na planie napisem i numerem: „Feld nr 4 – Linke Seite”. Oświetlenie elektryczne mimo wszystko nie mogło rozjaśnić istniejących w podziemiu ciemności. Jasno było tylko tam, gdzie betonowano stropy i ściany. Charakterystycznym objawem w zwiedzanych przez nas podziemiach są ogromne komory wydrążone w litej skale. Komory takie znajdują się jedna nad drugą w trzech a nawet czterech kondygnacjach. Przypuszczać należy, że w ten sposób ułatwiano sobie pracę, gdyż łatwiej było później zawalić filary a strop utrzymujący się na nich sam się zapadał.

Co tu miano zbudować, jakie maszyny miały stać w tych „kuźniach Vulkana” nie wiadomo. Faktem jest, że Niemcy bez celu tak wysokich i wielkich pieczar nie tworzyli. Dalej, druga rzucająca się w oczy rzecz to brak zwałów kamienia, który wydobywano z podziemi. A przecież musiało go być miliony metrów sześciennych. Czyżby kamień ten Niemcy wywozili w inne miejsca? A może, poza przydatnością skały jako materiału budowlanego? A może wydobywano tu surowiec do „Wunderwaffe” – rudy uranowe?

Czyżby wiec komory podziemne były tylko „uboczną produkcją” tych inwestycji? Przemawiałby za tym fakt, że więźniowie tu pracujący często zapadali na dziwne choroby skóry i krwioobiegu. Dziś z perspektywy wielu lat można wysnuć najrozmaitsze przypuszczenia. Żyjący byli więźniowie to zwykle prości ludzie o wielu rzeczach i sprawach wówczas nie wiedzący. Dopiero obecna nauka i udostępnione badania rzucają pewne światło na te dawne sprawy i tragedie ludzi, z których wielu leży w ziemi z dala od ojczystych stron.

Ciekawy fakt opowiadają ludzie, którzy w czasie wojny mieszkali w Wałbrzychu. Otóż różne tunele wiercone w okolicach Wałbrzycha prowadzą również do miasta, a ich wyloty znajdują się pod parkiem Sobieskiego. Jeden z tych wylotów miał być rzekomo w tym miejscy, gdzie dziś znajduje się śmietnisko „Zieleni Miejskich” przy ulicy Lotników. Czy to prawda?...

Kolejarze pracujący na Dworcu Głównym wspominają, że do tunelu kolejowego wiodącego do Kamieńska wjeżdżały całe pociągi towarowe, nie dojeżdżały jednak nigdy do stacji w Kamieńsku ale za to te same wracały puste do Wałbrzycha. Czyżby i tam było jakieś rozgałęzienie tunelów?...

Te i wiele innych zagadek podziemi czeka na rozwiązanie. Czy to kiedyś nastąpi?

 Ryszard Makowski 1959 r.

 


Strona główna | Artykuły | Linki | Literatura Eksploracyjna | Email