Strona główna | Artykuły | Linki | Literatura Eksploracyjna | Email

 

 Zagadkowe podziemia

Cz. III

 Chcąc sprawdzić wszystkie wersje jakie krążyły i nadal krążą wokół legendarnych podziemi postanowiliśmy wyjaśnić wszystkie wątpliwości. Czy nam się to uda? Zobaczymy. Również bardzo chętnie przyjmiemy w redakcji każdego, kto zna lub jest w posiadaniu jakichkolwiek wiadomości o tych podziemnych budowlach.

Nasza pierwsza wyprawa już od samego początku natrafiała na poważne trudności. Nawet redaktor naczelny bał się wziąć na siebie odpowiedzialność za losy śmiałków. Zresztą zupełnie słusznie, bo to nigdy nic nie wiadomo, co i jak tam będzie. Mimo wszystko udało się autorowi zwerbować siedmiu odważnych, zdecydowanych na wszystko. Gdy już mięliśmy ustalony termin wyprawy, oraz z trudem zdobyty sprzęt i ubrania górnicze, wystąpiła nowa trudność. Z której strony wedrzeć się w tajemnicze podziemia? Jak zwykle w takich wypadkach przypadek przyszedł nam z pomocą, ale o tym później...

Siedem osób zdecydowanych na wszystko... To znaczy nawet na wieczne pozostanie pod ziemią... Wyprawa ryzykancka to prawda, ale któż z nas w życiu nie chciał przeżyć takiej przygody...

Zdecydowaliśmy się iść... Dwoje z nas to wytrawni taternicy – ratownicy Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Trzech innych to wytrawni turyści górscy. Jeden oficer i nieoceniony nasz przewodnik, który podobno już w niejednym tunelu bywał. Każdy z nas miał lampę górniczą, linę do ewentualnych zjazdów, hełmy i ubrania górnicze, czekany, młotki i karabinki taternicze. To wszystko pod ziemią może się przydać. Prócz tego mieliśmy plecaki z żywnością, kuchenki spirytusowe i... Dżola. Właścicielem tego nieocenionego i bardzo mądrego psa była jedyna w naszym zespole pani Krysia. Wspaniała dziewczyna, ratownicza, taterniczka – odważna, wytrwała i... dobrze gotująca na kuchence. Po ostatnich przygotowaniach ruszyliśmy do Walimia.

Na miejscu czekała nas nowa niespodzianka. W sklepie GS chcieliśmy kupić spirytus denaturowany do kocherów. Niestety nigdzie nie można było go otrzymać. Byliśmy mocno zdziwieni, gdyż jedna z klientek piekarni sama przyniosła nam pół litra denaturatu. Nawet nie chciała pieniędzy. Ogromnie jej wszyscy dziękujemy, gdyż wyratowała nas z przykrej opresji jaka zażyła się po wyjściu z podziemi. Nasze ubiory górnicze, wysokie buty gumowe i plecaki wzbudziły zrozumiałą sensację w mieszkańcach Waliia i okolicy. Za osiedlem rozmokły teren ciągle pnie się w górę. Idziemy przez pola, zarośla, las i znów młodniak. Jakieś dwunastoletnie brzózki i stajemy oniemiali z podziwu... Przed nami jak tylko okiem sięgnąć długa sterta skamieniałego cementu. Ile tego może być? Może miliony worków.

„Jesteśmy na miejscu” – powiedział po dwugodzinnym marszu pod górę – nasz przewodnik. Tak, to dobrze powiedzieć, ale my, przecież szukamy wejścia do podziemi. Chwila odpoczynku i parę pamiątkowych zdjęć. Mimo gęstych zarośli dokładnie można odróżnić miejsca, na których leżały podkłady linii kolejowej. Ruszamy na przełaj. Będzie bliżej do wejścia. Po lewej stronie ścieżki, szare, betonowe budowle. To bunkry i grubościenne magazyny, w których przechowywane były materiały wybuchowe. Zaglądamy do jednej z budowli. Normalny pokój tylko bez okien i sprzętu. Pusty, co tu było przed tym? W innym spotykamy ogromne wbetonowane w fundament śruby. Zainstalowana tu była ogromna maszyna typu Diesla. Wielkie, tłuste plamy rozlanej na betonie oliwy zdają się potwierdzać nasze przypuszczenia. Jesteśmy znów w dużym lesie. Na niewielkiej polanie ruiny kilku baraków. Tylko żałośnie sterczące kominy świadczą o tym, że kiedyś mieszkali tu ludzie, skazani na powolną śmierć... Idziemy dalej. Las się kończy, jesteśmy u stóp wysokiego urwiska. Tysiące ton kamiennego rumowiska wskazują, że tu właśnie nastąpił gwałtowny zawał. Ogromny masyw betonu wrasta w skalne podłoże. Z trzech stron całkowicie zasypany.

Co tu było? – pytamy przewodnika. Podobno w tym miejscu, w górę wjeżdżały pociągi – pada odpowiedź. Na potwierdzenie tego przypuszczenia wskazują właśnie ślady po torach normalnej kolei. Ślady nikną pod rumowiskiem... Jak się tam dostać? Szukamy wejścia, którym wchodzili pracujący pod ziemią ludzie. Wśród chaszczy, jest na wpół zawalony otwór. Z wierzchu trudno go znaleźć. Tyle przecież lat... Wkraczamy w podziemia... Z głębi wypływa stróżka krystalicznej wody. Dżol na długiej linewce, śmiało poszczekując wchodzi pierwszy. Za nim jego pani, Staszek, Tadek, ja – uzbrojony w aparat fotograficzny, Jurek, przewodnik i radiotechnik. Z głębi ziemi wieje zgniłym, wilgotnym powietrzem. Jest przeciąg. Pod nogami woda leniwie płynąca... Z lewej i prawej strony grube, że trudno wprost objąć, drewniane stemple, Szerokość chodnika w przybliżeniu wynosi około czterech metrów. Po jednej i drugiej stronie zawalone kamieniami jakieś boczne przejścia. Na razie tam nie wchodzimy. Mamy czas. Wody jest coraz więcej. Początkowo można było iść po kamieniach. Teraz sięga już powyżej kostek. Laskami wyszukujemy przed sobą grunt aby upewnić się czy nie ma gdzieś studni. Elektryczne lampy górnicze w małym stopniu rozjaśniają panujące tu ciemności. Najwyżej na dwa – trzy metry można przed sobą coś zauważyć. A co jest tam dalej? Nie wiemy...

Idziemy już przeszło 45 minut. Ciągle prosto. Woda sięga już pod kolana. Pod nogami coraz więcej i to coraz większych kamieni. Wystają z wody. Śmiało stąpamy po nich, bo to przecież zawsze wygodniej niż po dnie podziemnego strumyka. Nagle krzyk. To Krysia i Tadek wpadli do wody. Po prostu kamień się wywrócił a oni zanurzyli się do pasa. Ta niespodziewana kąpiel zwróciła nasza uwagę na bardziej realne tory. Trzeba uważać, bo można wpaść jeszcze głębiej i nie wydostać się. Ciężki plecak, grube ubranie na pewno nie będą naszymi sprzymierzeńcami.

Rozciągamy się w długi rząd. Co trzy metry. Akurat na tyle aby nie stracić kontaktu wzrokowego. Tak jest bezpieczniej. W razie takiego czy innego wypadku pozostali przy życiu będą mogli pospieszyć z pomocą poszkodowanemu. Decydujemy się kto ma iść pierwszy. Krysia jednak nie chce oddać przewodnictwa. Nauczeni doświadczeniem nie stąpamy już po kamieniach. Chodnik stale się obniża. W tej chwili jesteśmy już półtorej godziny pod ziemią. Nad nami skalista góra kryjąca tajemnicę... Chwila odpoczynku, pijemy herbatę. Dookoła nas drewniane stemple. Chciałem się o jeden oprzeć. Wyciągnąłem rękę a... ona zamiast natrafić na opór wlazła jak w masło... W tej też samej chwili uprzytomniliśmy sobie, że te stemple nic nie znaczą. To po prostu wata nasiąknięta wodą... A nad nami tysiące ton kamienia... Nie ma co, mogłaby tu być piękna rodzinna mogiła...

Kilkaset kroków dalej napotykamy na nową przeszkodę. Drogę zagrodził nam potężny zawał. Oświetlamy lampami, patrzymy ciekawie do góry. Ciemność. Nikłe światła naszych reflektorów nie mogą natrafić na kamienny pułap. Tadek ryzykując wspina się po kamiennym zawale do góry. Wstrzymujemy go. Napróżno. Już jest w górze. Spod nóg sypia się mu kamienie. Lecą akurat na nas... Uciekamy na boki. Po chwili słyszymy z ciemności głos Tadka. Dochodzi jak gdyby zza grubej ściany, spod ziemi... Nie możemy odróżnić poszczególnych słów. Krysia wspina się za Tadkiem. Tym razem kamienie już się nie sypią.

-   Ach frajerzy... Czego się boicie?... Tu zupełnie bezpiecznie...

-   Idziemy jej śladami. Gdzieś w górze Tadek świeci lampą.

-   Tu jest drugi potężny chodnik – objaśnia nas.

Znakiem tego nad naszymi głowami jest jeszcze jedna kondygnacja. Musimy ją zbadać. Ale nie ma czasu. Wracamy na usypisko. Schodzimy na jego druga stronę. Wąska, zasypana dziura wskazuje na to tylko, że nasz chodnik prowadzi jeszcze głębiej. Na lince wpuszczamy psa. Niespokojny Dżol nie chce jednak sam wchodzić do środka. Wchodzi Jurek. Po kilku minutach wraca. Opowiada, że chodnik jest takich samych rozmiarów jak ten, którym weszliśmy w podziemia. Stempli już nie ma. Jest natomiast dużo wody. Postanawiamy wejść. Wciskamy się pod obwisłymi kamieniami. Na szczycie zwaliska zostawiamy zapasową lampę. Najpierw podajemy Jurkowi plecaki. Następnie trzeba położyć się na brzuchu i po prostu wczołgać przez istniejącą między kamieniami lukę. To nie jest trudne, ale ta świadomość, że strop jest z kruchego kamienia...

Po drugiej stronie woda sięga do kolan. Idziemy gęsiego. Pies zaczyna skowyczeć. Okazuje niepokój, nie che iść do przodu. Robię zdjęcia. Czuć stęchlizną. Ale papierosy dobrze się palą. Tadek wysunął się do przodu, zniknął z pola widzenia i nagle jego krzyk...

  cdn

 Ryszard Makowski 1959 r.

 


Strona główna | Artykuły | Linki | Literatura Eksploracyjna | Email