Strona główna | Artykuły | Linki | Literatura Eksploracyjna | Email

 

 

Zagadkowe podziemia

Cz. IV

 Krzyk Tadka zmroził nam strachem serca. Co mu się stało? W milczeniu spojrzeliśmy w kierunku skąd dochodził jego głos. Nic jednak nie wskazywało na to aby tam nastąpił zawał. Pierwsza zdecydowała się Krysia. Zrzuciła plecak o z najsilniejszym reflektorem wślizgnęła się do otworu. Nie trwało nawet minuty gdy z naszego lochu doszedł jej śmiech. Nasz kolega po prostu, z bardzo stromego urwiska, zsunął się wprost do wody. Nic też dziwnego, że taka przymusowa a niespodziewana kąpiel napędziła mu strachu. Na szczęście woda nie była tu głęboka. Zanurzył się tylko po piersi. Mocne, brezentowe ubranie nie dopuściło jednak wody do ciała, a w butach to i tak mieliśmy jej pełno...

Gdy już wszyscy przecisnęliśmy się na drugą stronę zawału zaczęliśmy szukać dalszej drogi. Brodząc pod ścianami korytarza, gdzie wody było najmniej, okrążyliśmy jeziorko ale nigdzie nie napotkaliśmy „brodu”. Tak jak i w poprzednim tunelu stały tu grube stemple podpierające kamienny strop, tak jak i tam były zbutwiałe. Tylko jeden z rozgałęziających się tu chodników nie posiadał żadnej podpory. Nawet wody było w nim mniej. Sięgała najwyżej do naszych kolan. Mimo wszystko nie zdecydowaliśmy się brnąć dalej. Światła reflektorów odbite w wodzie tworzyły bajeczne refleksy. Zupełnie jak w zaczarowanej krainie. Po kamiennych ścianach chodnika spływały krople wody powierzchniowej. Korytarz wykuty był w litej twardej skale. Tu było już bezpieczniej, że groziło żadne oberwanie się stropu. Wędrówkę naszą w tym chodniku musieliśmy jednak przerwać. Brak nam było środka lokomocji w rodzaju gumowego pontonu czy nawet lichej tratwy. A brnięcie powyżej pasa nawet w krystalicznej wodzie, mimo wszystko nie należy do przyjemności. Jedyne wyjście w tym wypadku to przekopanie zawału a tym samym spuszczenie wody z jeziorka i dalszych korytarzy. Postanowiliśmy zabrać się do pracy. Woda w tym wypadku łatwo wpłynęłaby aż na powierzchnię ziemi. Wróciliśmy więc za zawał. Nie mając odpowiednich narzędzi zaczęliśmy kopać rów czym popadło – deskami, laskami a nawet rękami. Rozstawiliśmy się w długi szereg i każdy drążył swój odcinek. Nie trwało długo, gdy woda z jeziorka początkowo wolno i nieśmiało zaczęła przedostawać się między kamieniami i płynąć w kierunku wyjścia. Wkrótce musieliśmy się schronić na wyższe miejsca. Po posiłku zajrzeliśmy za urwisko. Lustro jeziorka ani na centymetr się nie obniżyło, mimo, że prze pół godziny przerwała się przez wykopany kanał cała masa wody. Musiała zatem napływać z innych, dalej położonych chodników. Aby nie tracić daremnie czasu postanowiliśmy wyjść na powierzchnię. Czekanie na spłynięcie wody nic by tu nie dało...

Droga powrotna również nie należała do łatwych. Spływająca woda zapełniła wszystkie niższe miejsca w głównym chodniku. Wreszcie z daleka widać jasne światło. To wyjście... Jesteśmy na wolnym powietrzu... Siadamy na powalonych kłodach. Ściągamy buty, wylewamy wodę, zamieniamy skarpety... Staszek jako najbardziej praktyczny zbiera chrust i rozpala ognisko... Suszymy ubrania, gotujemy kompot z jabłek i suszonych śliwek. Jest jeszcze dzień, gdy ponownie wchodzimy do podziemi. Tym razem jednak innym wejściem. To również jest zawalone. Przeciskamy się przez zawalony kamieniami i starym drewnem chodnik. Przez pół godziny idziemy pochyleni, nagle naszym oczom przedstawiają się okazała komora. Cała jest wybetonowana. W jednym miejscu jest jeszcze deskowy szalunek. Widać wystające z betonu grube pręty żelazne... Jest stosunkowo sucho. Chodzimy po betonowym chodniku, na którym leżą deski, kable, izolatory, zardzewiałe młotki, narzędzi ciesielskie, skrzynie po gwoździach i cała masa różnych innych przedmiotów. Pod ścianami komory – betonowe rynsztoki, którymi płynie znów woda. Co tu Niemcy planowali stworzyć?

Idziemy dalej. Chodniki rozgałęziają się. Jest ich tu wiele. Wszystkie tworzą jakiś zawiły labirynt. Skręcamy pierwszym w prawo. Jest bardzo szeroki. Na gliniastym podłożu widać ślady po podkładach kolejowych. W chodniku nie ma stempli. Lita skała jest pewna i wytrzymalsza podobno od żelazobetonu. Niemcy byli oszczędni... Jest względnie sucho i dokładnie widać ślady ludzi, którzy tu byli przed nami. – To oni zapewne wyszabrowali stąd maszyny, podkłady kolejowe. Nagle natrafiamy na silny prąd powietrza, ze Krysia swoje kruczoczarne włosy musiała związać chusteczką. Idziemy pod wiatr. Przed nami znów woda... Na razie sięga do kolan... I znów zawał... Nad głowami dziura w stropie. Wspinamy się. Wokół nieprzeniknione ciemności... Znów drugi poziom... Zbutwiałe drabiny, wskazują, że roboty były tu jeszcze nie dokończone. Na ścianach deszczułki z niemieckimi napisami. „Feld AeH – Nr 49 Ost”. Obok na kamiennej ścianie dostrzegamy częściowo zatarty napis w języku rosyjskim wykonany prawdopodobnie kopcącą świecą. Trudno odczytać... Czyżby tu pracowali również i radzieccy jeńcy wojenni?...

Wracamy prze zawał. W pierwszym w lewo korytarzu przeciąg. Sprawdzamy. To wysoki „komin” – studnia. Widać niebo i konary drzew. Tedy można by się wydostać na powierzchnię. Nie ryzykujemy jednak wspinaczki, gdyż przypomina się scena z filmu „Kanał” i właz kanalizacyjny ubezpieczony przez Niemców wiązkami granatów. A czy tu nie mogą być?... Ciekawe, że ludzie chodzący po lesie dotychczas jeszcze ni zauważyli tego włazu. Czy to możliwe? A gdyby tak ktoś zbierając grzyby wpadł do tego „komina”... Lepiej nie mówić. Dwudziestometrowa głębokość nie budzi nadziei na wyratowanie. A nawet gdyby człowiek uchował się przy życiu to czy nie straciłby zmysłów błądząc po ciemnych korytarzach? Jest już godzina 19-ta. Od dwunastu godzin przebywamy pod ziemią. Postanowiliśmy wracać. Idziemy śladami pozostawionymi na ziemi i orientujemy się według znaków robionych kredą na ścianach. Uradowany Dżoł pierwszy rwie do przodu. I jemu się już tu znudziło...

Z góry schodzimy przy świetle lamp. W Walimiu patrzą na nas jak na wskrzeszonych nieboszczyków... tak nam przynajmniej powiedzieli nasi przyjaciele których spotkaliśmy w miejscowej gospodzie na kolacji. Postanowiliśmy tu jeszcze wrócić bo przecież zagadki jeszcze nie rozwikłaliśmy. Czy jest jakieś podziemne połączenie z Głuszycą, Wałbrzychem, Jugowem, Sokolcem, Ludwikowicami. Z chwilą zdobycia lepszego sprzętu a w szczególności gumowych pontonów, wykrywaczy min i innych przedmiotów niezbędnych do tego rodzaju poszukiwań – wrócimy tu.

P.S. Wszystkich naszych Czytelników, którzy w jakikolwiek sposób pragną nam pomóc prosimy o zgłoszenie się do redakcji. Każda konformacja dotycząca podziemi jest cenna. Bardzo prosimy o skomunikowanie się z redakcją osoby, które być może były zatrudnione w czasie wojny przy tego rodzaju robotach.

 Ryszard Makowski 1959 r.

 


Strona główna | Artykuły | Linki | Literatura Eksploracyjna | Email