Strona główna | Artykuły | Linki | Literatura Eksploracyjna | Email

 

 

Słowo Polskie 30.10.1947

 10 milionów worków cementu pozostało jeszcze z olbrzymich zapasów, jakie zgromadzono w Głuszycy

     Wysłannik nasz zwiedza olbrzymie podziemne miasto, odkryte przezeń przypadkowo w Głuszycy. W przepastnych korytarzach zepsuł się system wentylacji. Zwiedzającym gaśnie karbidówka i ogarnia ich nieprzejrzana ciemność...

Brak reflektorów elektrycznych zmusza nas do wycofania się z tej części podziemia. Trzymając się za ręce idziemy w kierunku wylotu - tak przynajmniej mówi inż. Dolmus. Nam wydaje się, że idziemy stale w głąb podziemi a nie ku wyjściu. Zapalona karbidówka rzuca mdłe światło na skały, niczym w tej części korytarza nie podparte. Korytarz jest dość szeroki, ale można przechodzić po nim środkiem Z boku za niski pułap Nierówny jest stopień wykończenia niektórych odcinków tuneli.

Na jednym z korytarzy zatrzymujemy się przy żelaznych drzwiach. Bronią one dostępu do bocznego korytarza, który miał prowadzić do prywatnych pokojów Hitlera. Usiłujemy podważyć żelazne drzwi - Nawet nie drgną. Dolmus mówi, że to syzyfowa praca - ale jeśli sądzimy, że znajdują się tam skarby to gotów jest nas zaprowadzić z innego końca korytarza. Prawdę powiedziawszy, mamy tego wszystkiego dość, rezygnujemy więc z dalszego zwiedzania korytarza. Dolmus twierdzi, że w podziemiach pracowali jedynie ochotnicy - Żydzi, którym przyznawano specjalne racje żywnościowe oraz włoscy minerzy. Praca była ciężka i niebezpieczna. Tysiące ludzi ginęły pod olbrzymimi obławami skał. Dlatego chętnych było niewielu. Ze sceptycyzmem odnosimy się do słów Dolmusa - wiemy przecież w jaki sposób werbowali Niemcy „ochotników”. Interesuje nas jedynie w tej chwili fakt, czy inż. Dolmus mówi to ze złej woli, czy - jako człowiek nauki - nieświadomie

            Z prawdziwą ulgą wyszliśmy na światło dzienne. Słabe październikowe słońce, po mroku korytarzy, oślepia. Jedziemy dalej. Minąwszy kilka łagodnych serpentyn znajdujemy drugie wejście do wnętrza ziemi, podobne do pierwszego. Służyć ono miało wyłącznie Hitlerowi. Nie ma tu po co schodzić. Interesują nas teraz składy materiałów budowlanych, olbrzymie bunkry, stosy żelaznych konstrukcji, betoniarki, pogłębiarki, potężne kolejowe trawersy - i na pół ukończone roboty nad pomieszczeniami biur.

            Niedaleko szczytu góry osiedlił się tu osadnik z Buczacza. Dzieci jego z zaciekawieniem patrzą na auto - jesteśmy dla nich pierwszymi od wielu miesięcy gośćmi ze świata. Spoza gęstwy dziwnie żółtej trawy wybiegają ze szczytu wzgórza równolegle do świerków leśnych stalowe pręty. Jest ich całe mnóstwo. Wyrastają one jak drzewa z betonowej podstawy bunkrów, które rozsiadły się na wierzchołku wzgórza. Poniżej mieści się wejście, do którego dochodzi się po wąskiej kładce. Dach miano przysypać ziemią i zasadzić na niej drzewa W obrębie robót każde drzewko chronione jest przed skaleczeniem obiciem z desek. Wnętrze bunkru jest jeszcze całkowicie niewykończone. Miały tu się mieścić biura sztabu Hitlera. Setki ram okiennych walają się po kątach. Parę metrów niżej szyny wąskotorowej kolejki. Rzędem stojące baraki próchnieją niekonserwowane. Razem z nimi niszczeją olbrzymie ilości cementu. Na miejscu zostało jeszcze 10 milionów papierowych worków cementu po 54 kg każdy. Liczba ta daje obraz tworzonej budowli. Nie jest to jeszcze koniec. Dowiadujemy się, że zabrano już stąd 100 wagonów po 15 ton cementu każdy. Cement, który pozostał na miejscu jest już w znacznej części zepsuty, ponieważ dachy baraków są zniszczone i na cement odtąd padał deszcz. Inż. Dolmus mógłby na tren temat wiele powiedzieć, ale nie wiadomo dlaczego wstrzymuje się od objaśnień...

Z. Mosingiewicz

 


Strona główna | Artykuły | Linki | Literatura Eksploracyjna | Email