|
|
||
|
Strona główna | Artykuły | Linki | Literatura Eksploracyjna | Email
|
||
|
Na temat Bolkowa w 1882 roku "Tygodnik
Ilustrowany" nr. 348 pisał między innymi: "Nie myślimy zapuszczać
się w czasy przedhistoryczne, choć z obowiązku kronikarskiego przemilczeć nie
możemy, ze według podania ten zamek już w roku 807 po Chrystusie pogański
książę Bolek miał pobudować. Nam się zdaje rzeczą prawdopodobniejszą, że jest
on jedną z twierdz pobudowanych przez króla Bolesława Chrobrego około roku
1018, za zachodzie państwa, ku zabezpieczeniu granic przeciw nieprzyjaciołom
kraju. Położenie zamku bardzo jest piękne. Z jednej strony roztacza
się widok na dolinę jaworską z niezbyt odległymi zwaliskami zamku Świnki
(Schweinhaus), a z drugiej na zamek Nimmersalt (po polsku tyle co
Nienasyceniec, Niesytno), również w dolinie leżący. Niegdyś był ten zamek
dwoma murami obwiedziony, z których zewnętrzny łączył się z murem miasta. Na
wielkim podwórcu zamkowym znajduje się w skale wykuta, podobno 74 łokcie
głęboka cysterna, w którą śnieg i deszcz zbierano, dziś prawie zupełnie
zasypana. Ze szczątków dawnej świetności wzmianki godna wieża głodowa, około
150 stóp dawniej wysoka, niegdyś więzienie dla przestępców. W roku 1813 w
czasie wojen napoleońskich żołnierze rosyjscy sprzymierzeni z Prusami, załogą
w Śląsku stojący, ulegając zapewne ciekawości, a może aby do skarbów się
dostać, zrobili wyłom w wieży. Wynikiem tych poszukiwań było znalezienie wielkiej
liczby kości ludzkich, a przeważnie szkieletów kobiecych, które naprzeciw
wejścia do zamku pogrzebano". Miasto i zamek położone są 33 km na wschód od Jeleniej Góry,
w tymże też województwie. Do dzisiaj nie jest historykom znana data założenia
grodu ani lokalizacja miasta. Wiadomo jedynie, że w 1276 r. miasto już
istniało. Prawdopodobnie miasto i gród powstało w 1241 r. i pierwotnie
nazywało się Gaj lub Hain, a nazwę Bolków nadał książę Bernard na cześć swego
ojca Bolka I. Pod koniec XIII w. ograniczono rolę kasztelanii w pobliskich
Świnach, odległych od Bolkowa o niecałe 3 km, przez co wzrosło znaczenie
Bolkowa. Zamek przechodził różne dzieje. Władali nim książęta piastowscy z
linii książąt świdnickich, ale też i Czesi, a także zwykli rozbójnicy, którzy
musieli być przywołani do porządku przez specjalną wojenną wyprawę mieszczan
wrocławskich i świdnickich w 1468 r., oraz Szwedzi (1646-1650 r.). Zamek w
Bolkowie był tak mocną i potężną jak na owe czasy twierdzą, pełną
tajemniczych schowków i niedostępnych zakamarków, że słowiańscy książęta
świdniccy, od Bolka I poczynając, mieli w Bolkowie skarbiec księstwa. Zamek
pełnił rolę skarbca przez około 100 lat, do roku 1392, kiedy to księstwo
świdnicko-jaworskie dostało się pod władanie Czechów i skarbiec został
wywieziony do Pragi. Bez wątpienia te właśnie tajemnicze walory zamku, jego
położenie i możliwość zorganizowania bezpiecznego skarbca, zdecydowały o tym,
że przez kolejne ponad 100 lat (1700-1810) służył on ogromnie bogatemu i
niezwykle zaradnemu zakonowi Cystersów z Krzeszowca, który to zakon odkupił
Bolków od rodziny von Zedlitzów. W 1810 r. król Prus upaństwowił
wszystkie dobra zakonne i od tego czasu zamek stał się własnością skarbu
państwa. Jednak mit o tym, że kryje on nadal nieodkryte skarby pozostał i
wspomniani Rosjanie nieprzypadkowo poszukiwali skarbu w wieży zamkowej. Stali
się w ten sposób pierwszymi eksploratorami... Przy tym analizując informację Tygodnika Ilustrowanego z
1882 r. trzeba zaznaczyć, że działania rosyjskich żołnierzy nie były
pozbawione sensu. Przejmowanie zakonnych dóbr przez państwo pruskie odbyło
się w dość specyficznych okolicznościach. Mianowicie na obiekty klasztorne
wkraczały komisje królewskie, odczytywały zakonnikom edykt królewski
zwalniający ich ze ślubów, a brać zakonna zaskoczona, pod groźbą użycia siły
przez oddziały królewskie, bez oporu oddawała swoje kasy, dzieła sztuki i
inne wartości. Jednakże skarbce zakonne były często utajnione i nie zawsze
dostawały się w ręce urzędników królewskich. Przykładem może być klasztor cysterski w Lubiążu. Tutaj
przechowywano między innymi zbiór monet srebrnych i złotych, będących w
obiegu do 1810 r. Ten cenny skarb zakonnicy ukryli w glinianym dzbanie i
schowali w trumnie zmarłego akurat członka zakonu, a komisja królewska odnotowała,
że w zupełnie niewyjaśnionych okolicznościach zaginął zbiór monet.
Rozproszeni bracia zakonni pomarli, a może zostali zamordowani lub uwięzieni,
i świat zapomniał o skarbie. Jego tajemnica została przypadkowo odkryta w
1985 r. Ekipa wojskowa dokonywała akurat przekopywania posesji klasztornej,
poszukując zasypanych i zamaskowanych wejść do tamtejszej podziemnej fabryki.
Rozpoczęto wtedy ostatni wykop, kierując się wskazaniami radiestety Tomali.
Już po pierwszych ruchach koparki posypały się monety, które wojsko
komisyjnie zebrało, później oczyściło i zewidencjonowało. Odkrytym skarbem
nikt z ówczesnych władz kultury poważnie się nie zainteresował, a o odkryciu
wiedzieli przecież wszyscy! Wiedziało Ministerstwo Kultury, wiedział Urząd
Konserwatorski we Wrocławiu, wiedział Urząd Wojewódzki; nikt nie zgłaszał
roszczeń do tego odkrycia. Jedynie z Ministerstwa Kultury dochodziły pomruki,
że wykorzystane to będzie przeciwko generałowi Jaruzelskiemu, gdy mu się noga
poślizgnie. Wojsko sprzedało część skarbu, a Jaruzelskiemu z czasem
faktycznie poślizgnęła się noga. Wytoczono mu między innymi proces o sprzedaż
monet; sprawa została jednak umorzona z powodu przedawnienia (w 1992 r.) Także i ja byłem przesłuchiwany w tej sprawie i muszę
przyznać, że nigdy wcześniej nie spotkałem tak stronniczego prokuratora,
który wyraźnie chciał trupa i krwi! Ów prokurator nie mógł między innymi
uwierzyć, że wykazy monet i fragmenty korespondencji z cechą tajności do
prasy przekazał pewien wrocławski ksiądz, którego nieopatrznie zapoznałem z
dokumentami... Ale i tak był to tylko fragment skarbu. Są dzisiaj
przesłanki pozwalające stwierdzić, iż zarówno skarbiec lubiąski, jak też
bolkowski (krzeszowski) nadal są na swoich miejscach i nigdy nie zostały
przejęte przez państwo pruskie, jak też nie zostały odnalezione później! Po dojściu Hitlera do władzy, tj. w okresie międzywojennym i
w czasie wojny zamek jako własność Rzeszy, oraz sam Bolków, odegrały bardzo
ważną rolę. Należy przypuszczać, że zamek został zamieniony w ośrodek badawczy
i zarządzający całym systemem zbrojeniowych fabryk naziemnych i podziemnych,
zlokalizowanych w Bolkowie i okolicy. W pobliskich Świnach urządzono
fabrykę lotniczą. Podobno Świny miały jeszcze z czasów średniowiecznych
podziemne połączenia z zamkiem w Bolkowie, które zostały przez Niemców
rozbudowane dla potrzeb podziemnej części fabryki lotniczej. W samym Bolkowie
zaś urządzono produkcję zbrojeniową w zakładach włókienniczych obecnie
noszących nazwę "Silana". Na tyłach tej fabryki, u podnóża
przyległej do ogrodzenia Góry Ryszarda zbudowano podziemną fabrykę VDM,
której oryginalny niemiecki plan prezentujemy obok. Fabryka ta posiada 7 hal.
Długość każdej hali wynosi 106 m, a szerokość 5,20, co daje ogólną
powierzchnię 3.850 m2 (106 x 5,20 x 7). Są tu ponadto trzy korytarze
komunikacyjne mające po 152 m każdy. Ich szerokość wynosi 3,45 m. Środkowy
korytarz ma 152 m długości, oraz 2,80 m szerokości. Razem ta powierzchnia
korytarzowa, nie licząc obudowy betonowej, wynosi 1500 m2. Łączna powierzchnia wynosi zatem
5.350 m2, bez wliczania powierzchni wartowni, powierzchni wjazdowych, komór
technologicznych i bez będącej w budowie czwartej sztolni upadowej. Z
odnalezionych w Archiwum Państwowym we Wrocławiu relacji źródłowych wynika,
że ta podziemna fabryka w Bolkowie miała trzy wejścia od strony zaplecza
dzisiejszych zakładów "Silana". Środkowe wejście było
technologicznym. Jednocześnie drążono czwarte wejście - sztolnię upadową,
której do końca wojny nie wykończono - tak to przynajmniej wynika z relacji
budowniczego i oględzin terenowych. Ta sztolnia pozostała odkryta. Przy budowie tej i innych tego typu fabryk podziemnych,
między innymi budowanych w rejonie Kamiennej Góry, Niemcy wykonywali wejścia
tylko tak szerokie, aby mógł wjechać samochód ciężarowy. Dalej jednak tunele
rozszerzono do rozmiarów szerokich i przestronnych hal. W tej konkretnej
fabryce podziemnej Niemcy produkowali części do samolotów. Ze znanego już "Wykazu Wróbla" wynika, że w
Bolkowie funkcjonowały naziemno - podziemne zakłady lotnicze o nazwie VDM
Luftfahrtwerke AG. Ten tajemniczo brzmiący skrót to Vereinigte Deutsche
Maschinenwerke czyli państwowe zakłady lotnicze, należące do Zjednoczenia
Niemieckiego Przemysłu Maszynowego, oczywiście spółka akcyjna. Takich "podpiwniczonych" zakładów VDM Luftfahrtwerke
według wspomnianego "Wykazu Wróbla" było na Dolnym Śląsku co
najmniej kilka. Jeden z nich był np. we Wrocławiu, przy ulicy Kruczej 62! O ich randze w przemyśle zbrojeniowym Rzeszy świadczy fakt,
że podobne zakłady umiejscowione w Krzaczynie-Kowarach produkowały między
innymi silniki rakietowe do samolotów i do znanych rakiet V2. W 1947 r.
specjalna ekipa rządowa wpadła na trop podziemnej fabryki w Bolkowie.
Miejscowi Niemcy poinformowali jednak ówczesnych eksploratorów, że zawalone
sztolnie prowadziły do małych magazynów fabrycznych, budowlanych w stoku góry
i niczego nie zawierają, poza sprzętem górniczym, służącym do drążenia skały.
Dano wiarę tym wyjaśnieniom i uznano za nieopłacalne przebijanie się do
wnętrza wyrobisk. Nie dano za to wiary informatorowi wywodzącemu się z kręgów
budowniczych tej fabryki, który ją dokładnie opisywał i potwierdzał, że była
w ruchu, produkowała, a pod koniec wojny wejścia wysadzono prawdopodobnie
wraz z ludźmi tam pracującymi. Świadek ten między innymi potwierdził znaną i
dzisiaj prawdę, że Niemcy celowo pozostawiali fragmenty budowli podziemnych,
robiących wrażenie nieukończonych, celem odwrócenia uwagi od pobliskich, w
pełni eksploatowanych obiektów. Klasycznym przykładem tego są dostępne
sztolnie w Górach Sowich, w Książu, Bolkowie i w wielu innych tego typu
obiektach. Parę lat temu pewna mieszkanka Dolnego Śląska (danych
osobowych celowo nie podaję) poinformowała, że jej kuzyn w czasie wojny był
strażnikiem - wachmanem na zamku w Bolkowie. Według tego kuzyna, pod koniec
wojny na kilka dni usunięto z zamku stałych strażników, a ich rolę przejęli
SS-mani. W tym czasie przy pomocy więźniów na zamku, w jego podziemnych
kazamatach ukryto skrzynie, zabetonowano wejście do tych komór, a także
zabetonowano przejście tunelowe do Świn. Puste przestrzenie wypełniono ziemią
i piaskiem. W ten sam sposób wypełniono, a później zasypano cysternę -
studnię na dziedzińcu zamkowym. Po wykonaniu prac maskujących
wykorzystywanych do tego więźniów rozstrzelano. Plan zamku w Bolkowie wskazuje, że były dwie cysterny. Jedna
była prawie zasypana, według relacji Kuriera Ilustrowanego z 1882 r., druga
jednak chyba była czynna. Wynika z tego, że relacja wspomnianej kobiety może
być traktowana jako wiarygodna. Zresztą nie miała powodów, by kłamać. 28 lutego 1994 r. jeden z
profesorów publicznie ogłosił na sesji naukowej, że Komisja Badania Zbrodni
Przeciwko Narodowi Polskiemu nie będzie "badać" niemieckich zbrodni
pod ziemią, nawet gdyby byli świadkowie do dyspozycji, do czasu aż Niemcy nie
udostępnią nam swoich archiwów w tym temacie! Mam ogromny szacunek do Niemców
i wiem, że nikt o zdrowych zmysłach nie udostępni materiałów, które go
kompromitują, albo pozbawiają nadziei na odzyskanie ukrytych skarbów... To właśnie Niemcy czynią wszystko, aby śmiałków wyciszyć.
Odczułem to na sobie już w 1986 r., kiedy to przy pomocy wojska MSW, zgodnie
z decyzją ministra Kiszczaka rozpocząłem prace poszukiwawcze w Lubiążu.
Natychmiast zareagował agent niemieckiego wywiadu i prace zostały przerwane,
nim zostały rozpoczęte! Przy okazji zadano ich organizatorowi - czyli mnie,
śmierć cywilną - pozbawiono awansu, stopnia i stanowiska, "dano wilczy
bilet" bym broń Boże nie mógł uruchomić jakichkolwiek poszukiwań!
Milczenie trwa do dzisiaj, a krzywd nikt nie chce naprawić. Niedawno dotarły
do mnie pogróżki o rychłej śmierci (policja umorzyła dochodzenie z braku
możliwości wykrycia sprawcy!), a także ostrzeżenie z RFN, bym uważał i
wycofał się z badań, bo w przeciwnym razie Niemcy mają długie ręce. Ostrzeżenie
to przekazał mi zaprzyjaźniony ksiądz, do którego wcześniej dotarły służby
specjalne RFN i nakazały odwołać to wszystko, co nieco wcześniej powiedział
na temat Lubiąża do kamery (Film TV pt. "Wojenne tajemnice
Lubiąża"). Pozostawmy jednak politykę, wróćmy do Świn, do tajemniczego
zamku, sprzedanego Szwedowi - Aleksandrowi S. von Freyerowi. Zamek leży w
odległości trzech kilometrów od Bolkowa, posadowiony jest na skalistym cyplu,
stąd dobrze widoczny z daleka. Początków dawnej świetności, a dzisiejszych
ruin będących własnością cudzoziemca, należy doszukiwać się w X wieku. W 1155
Świny były już kasztelanią. W XV wieku wkładający zamkiem Świnkowie zaczęli
używać nazwiska Schweinichen. Joanna Lamparska w jednej ze swojej publikacji
podaje bardzo ciekawą historię, ściślej chyba przekaz historyczny - pisze, że
losy Świn i Bolkowa złączyły się w XIV wieku i to za sprawą romantycznej
przygody. Zamki leżą blisko siebie i zwyczajowe prawo nakazywało w razie
potrzeby przychodzić sobie z pomocą. W 1345 roku Czesi napadli na Bolków, ale
Henryk Świnka nie ruszył z odsieczą, co wywołało wojnę między zamkami.
Świnkowie tajnym podziemnym przejściem wtargnęli do zamku bolkowskiego, ale
do walki nie doszło, bowiem przypadkowo odkryli uwięzioną w wieży piękną
Adelajdę, córkę kasztelana. Jak w każdej legendzie, tak i tutaj zamiast wojny wybuchła
namiętna miłość. Czy akurat tak było - nie wiadomo, ale faktem jest, że
średniowieczne warownie musiały mieć tajne podziemne korytarze ucieczkowe i
komunikacyjne. Telefonii komórkowej czy radia wtedy nie było, musiano więc
myśleć o komunikowaniu się w razie zagrożenia z zewnątrz. Powyższa legenda
jest tylko kolejnym potwierdzeniem faktu, że były podziemne przejścia. W okresie ostatniej wojny te
właśnie podziemne korytarze, odpowiednio rozbudowane, posłużyć miały do
zorganizowania podziemnej fabryki części lotniczych. Miejscowi mieszkańcy
twierdzą, że po wojnie w Świnach można było znaleźć duże ilości podzespołów
elektronicznych, potrzebnych do sterowania rakietami i wykorzystywanych w
lotnictwie. Chyba nie mogło być inaczej, bo sam obiekt i przyległy teren
nadawały się do zorganizowania tajnej fabryki. Na południowy zachód od
Bolkowa,
na szczycie wzniesienia dominującego nad wsią Płonina, w XIII wieku
wybudowano zamek; jedną z wielu twierdz, mających bronić Śląska przed
najazdami z Czech. Zamek do historii przeszedł jako Niesytno, bowiem jego
właściciel czy zarządca - Jan Czyrny (Czarny) był zawsze nienasycony i
nakładał ciągle nowe daniny na poddanych, dla pomnożenia swego bogactwa.
Czyrnowie opowiedzieli się po stronie Krzyżaków w bitwie pod Grunwaldem.
Później związali się z husytami, dokonując napadów zbrojnych w okolicy. W
1432 r. mieszczanie świdniccy zdobyli zamek i częściowo go zniszczyli.
Kolejny władca Hans Czyrny wrócił do zamku po uprzednim wydaniu biskupowi
wrocławskiemu podstępnie zwabionych swoich kamratów, za co uzyskał
przebaczenie za odszczepieństwo na rzecz husytów, a także nadano mu nowe
przywileje w postaci wójtostwa lwóweckiego, później Urazu koło Brzegu Dolnego,
a od 1447 r. bolkowskiego. W 1455 r. Gunczel Świnka zamordował podstępnie Hansa
Czyrnego w jego zamku, a w 1471 r. opat lubiąski Paweł przekazał dobra
należące do Niesytna niejakiemu Jerzemu Zedlitzowi, zwanemu Małpą. Jego
potomkowie w 1545 r. zbudowali tuż obok średniowiecznej budowli chylącej się
ku upadkowi renesansowy pałac, który przetrwał do naszych czasów. Niestety,
złe użytkowanie pałacu, w końcu jego pożar, spowodowały, że całość jest
dzisiaj przerażającą ruiną, niebezpieczną dla turystów i eksploratorów,
bowiem w każdej chwili może się coś oberwać i przywalić intruza. W czasie ostatniej wojny cały
obiekt był wykorzystywany dla celów militarnych, najprawdopodobniej jako
podziemno - naziemna fabryka zbrojeniowa, a pod koniec jako kwatera
dowodzenia Wehrmachtu Do dzisiaj od strony urwiska zachował się kawałek sztolni,
długi na około 5 m (dane wg. przewodnika turystycznego) wykuty pod ocalałymi
resztkami wieży zamkowej - nie mylić z wieżą pałacową. Miał to być ponoć
schron przeciwlotniczy, ale jest to wątpliwe bo przecież do schronu musi być
łatwe dojście, a do tej sztolni praktycznie go nie ma. Jest to
przypuszczalnie kuty, lub już wykuty szyb wentylacyjny, celowo umieszczony
wysoko, aby nie było do niego łatwego dostępu ze strony np. dywersantów, lub
by nie dotarły do niego gazy bojowe od bomb lotniczych. Na pewno pod koniec wojny w
pałacu i w podziemiach zamku rozlokował się sztab obrony Wehrmachtu. Być może
korzystał on z podziemnych stanowisk dowodzenia, które wcześniej służyły
innym celom, albo też zaczęto budowę podziemnej kwatery, jeżeli stosownych
pomieszczeń wcześniej nie wykryto. Jakiekolwiek sprawdzenie jest praktycznie
niemożliwe z uwagi na zagruzowania i niebezpieczeństwa zawalenia. Wśród niemieckiej ludności krążyła wersja, że zamek
Niesytno, w tym też i pałac, miały średniowieczne podziemne połączenie z
Bolkowem, co można poddać w wątpliwość z uwagi na dużą odległość, ale można
też przyjąć z dużą dozą prawdopodobieństwa, że miał rozbudowane podziemne
tunele ucieczkowe, łącznikowe, które zostały wykorzystane w czasie wojny. Zachowała się dziwaczna relacja z lat powojennych. Otóż w
polskiej rodzinie osiedlonej w Niesytnie leczył się domowym sposobem ranny
żołnierz niemiecki (pokłuty bagnetem), który nie chciał iść do radzieckiego
szpitala by nie dostać się do niewoli, polskich nie było jeszcze, ale i do
niemieckiego też nie chciał iść, gdyż to właśnie Niemcy już po kapitulacji
"zabili go" bagnetem, aby nie mógł zdradzić ważnych tajemnic. Żołnierz
ten pełnił służbę w ochronie sztabu wojskowego w Niesytnie. Ten to właśnie
żołnierz też miał opowiadać, że zamek i przyległy pałac miały rozległe
podziemia i były połączone z Bolkowem, odległym o 7 km, podziemnym tunelem. Do tych tuneli przed kapitulacją
zwożono samochodami ogromne dobra, które dobrze ukryto pod ziemią i
zamaskowano wejścia. Okoliczni mieszkańcy podejmowali na własną rękę wyprawy
poszukiwawcze, ale niczego nie znaleźli. Zapewne to z tej przyczyny nie tylko
stary zamek uległ dalszej dewastacji, ale też i w ruinę popadł pałac, który
później spłonął. Podobnoż w ostatnim czasie ruiny Niesytna kupiła (może
jeszcze ubiega się o kupno?) pewna kobieta z Opola posiadająca podwójne
polsko-niemieckie obywatelstwo. Na południowy wschód od
Bolkowa,
w odległości około 4,5 km, w terenie zalesionym na wschód od miejscowości
Wierzchosławice znajduje się jeszcze jedna podziemna fabryka. Mało o niej
wiemy. Udało się jednak ustalić na podstawie akt archiwalnych, że zaraz po
wojnie właśnie w Wierzchosławicach znaleziono gotowe do dalszego transportu
skrzynie z częściami do samolotów, oraz zapakowane spore ilości skrzydeł
samolotowych. Jeżeli do tego dodamy, że w
pobliskim Jeżowie była też podziemna fabryka, że w samym Bolkowie była
również wytwórnia łożysk toczonych, oraz odlewnia, to bez żadnego ryzyka
możemy powiedzieć, iż Bolków z przyległymi terenami był samodzielnym
kompleksem produkcyjnym samolotów. Dla obsługi tego kompleksu produkcyjnego Niemcy utworzyli ogromny obóz pracy przymusowej, zlokalizowany na dzisiejszych terenach rolniczych między Bolkowem, Wolbromkiem i Wierzchosławicami. Wkrótce obóz ten przekształcono w podobóz obozu koncentracyjnego w Rogoźnicy (K.L. Gross Rosen). Źródłowe zapisy podają różne informacje na temat tych obozów, jako że na tym dużym obszarze było ich chyba kilka, w zależności od obsługiwanego obiektu. Otóż obok jeńców francuskich (kommando nr 403 i 404 ze stalagu VIII A w Zgorzelcu) były tu: - podobóz męski, Arbeitslager
Bolkenheim, zlikwidowany 28.02.1945r. poprzez ewakuację więźniów do
Buchenwaldu. - obóz pracy kobiet, założony w
1940 r. w październiku 1943 r. przekształcony w podobóz K.L. Gross Rosen. - Nebenlager Rotenhohe,
funkcjonował do lutego 1945 r. Więźniowie zajmowali 13 baraków, pracowali w
VDM w Bolkowie przy produkcji części do samolotów. - odrębny obóz żydowski o
nieznanej liczbie więźniów, którzy też pracowali w VDM. Byli tu głównie Żydzi
węgierscy i czescy. Ewakuowano ich w kierunku Jeleniej Góry. - obóz pracy Rote Hohe,
zlikwidowany dopiero w maju 1945 r. W sześciu barakach przetrzymywano
więźniów różnych narodowości (Czesi, Francuzi, Polacy, Włosi), którzy
pracowali w VDM. Były też inne, bliżej nie rozpoznane obozy, a między innymi
obóz na szczycie Góry Ryszarda. Martyrologii więźniów Bolkowa i okolic nie
poświęcono wiele uwagi. Baraki po wojnie rozebrano, nie dokumentowano też
tego, co się stało z więźniami. Należy przypuszczać, że zginęło tam co
najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście tysięcy osób. Na po obozowych polach
pozostał tylko niewielki pomnik z wyblakłą tablicą... Dwa lata temu podziemną fabryką pod Górą Ryszarda w Bolkowie
zainteresował się szef Towarzystwa Poszukiwania Zabytków, Jacek Wilczur i
jego brygada "tygrysów". Rozpoczęli prace na lewym tunelu, ale nie
udało im się pokonać zawału. Zresztą amatorskimi metodami nie można było tego
zrobić, zwłaszcza bez dużych środków finansowych. Fiasko było do
przewidzenia. Na początku listopada "Nowiny Jeleniogórskie"
opublikowały sensacyjne informacje mówiące o tym, że za zawalone sztolnie
zabrali się wreszcie fachowcy, którzy bez zbędnej fanfaronady osiągnęli cel i
weszli do podziemnej fabryki. |
||
|
Strona główna | Artykuły | Linki | Literatura Eksploracyjna | Email
|
||